No właśnie. Już się zaczęło. Minął mi ten "luz" w postrzeganiu wszystkiego, a wrócił stres, płacz i "jeszcze tyle mi zostało". W sobotę podrukowałam sobie większość materiałów na obecny i przyszły tydzień. Okazało się... no, że jest tego masa. Naprawdę, masa. W niedzielę nastawiona byłam na wieczorne czytanie, ale uniemożliwił mi to wyjazd. Mieliśmy wracać o 16, potem okazało się, że jednak jedziemy samochodem. Najpóźniej 17.. no to fajnie, nie opłaca się za nic zabierać, zrobię wszystko w Gdańsku. Tyle, że z tej 17 zrobiło się po 18 i w końcu wylądowaliśmy w Gdańsku około 19.40. I wszystko na szybko - rozpakowywanie, ogarnięcie się i nici ze spokojnego, wieczornego czytania.
No to co? Czytamy w poniedziałek! Wróciłam do domu po 13, ogarnęłam, co do obiadu i... czytałam, czytałam, czytałam, czytałam... a nie ogarnęłam zbyt wiele tego materiału.
Reakcja? Stres, a cóż by innego. No, ale co. We wtorek na 15, to ogarnę przed wykładami. I w sumie tak było. Tyle, że ogarnęłam PRAWIE wszystko na jedne zajęcia i nic na drugie z nadzieją, że jakoś ogarnę, o czym będzie mowa.
Jaki był wynik? Zbyt dużo nie rozumiałam, a zresztą, byłam zmęczona, śpiąca, głodna, więc nie mogłam się w żaden sposób skupić. Ale przetrwałam!
Tak, wiem, że teoretycznie nie trzeba czytać wszystkiego na bieżąco, ale tak jest o wiele łatwiej. Nie wyobrażam sobie, że miałabym to wszystko czytać przed sesją, jeśli nie wyrabiam nawet z zajęć na zajęcia. Jeśli to wszystko mi się skumuluje... no.. wiadomo.
Dobra. Spokojnie. Po prostu trzeba się przestawić na trochę inne życie i inny tryb. Powinnam się teraz uczyć Kalata. Ale... nie chce mi się. Po prostu mi się nie chce, a muszę się przyłożyć. Synapsy czekają.
Pochwalę się. Dzisiaj pierwszy raz robiłam zupę. Wyszła całkiem smaczna. Bałam się, że w tym garnku, co mamy nie wyjdzie jej na dwa dni dla dwóch osób... a w sumie, będziemy mieli jej chyba na 3 dni. Tak śmiesznie trochę.
Jestem zmęczona i poirytowana. Mam momentami wrażenie, że nie ogarniam zupełnie nic, co się wokół mnie dzieje. Dosyć szybko łapie mnie ta jesienna depresja.
Jutro angielski, spotkanie organizacyjne z opiekunem roku, a potem wykład z biologicznych mechanizmów zachowania. W piątek ćwiczenia z tegoż przedmiotu i kolejna wyjściówka. Najprawdopodobniej zostajemy z Kacprem w Gdańsku na weekend, a w sobotę może przyjadą do mnie rodzice. Pożyjemy, zobaczymy.
Baiii~
WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE! Jeśli Cię to pocieszy to ja też nie wyrabiam. Paradoksalnie im mniej mam innych poza studiami zajęć, tym więcej czasu spędzam nad książkami i mniej stron w danym okresie czasu czytam XD
OdpowiedzUsuńWiem! Musi być! :D
UsuńZnam to! XD masakra:c
Skąd ja to znam... zawsze jest coś innego do zrobienia, zawsze powroty okazują się późniejsze, a potem już nie ma czasu na naukę XDDD.
OdpowiedzUsuńJesienna depresja. Więc nie jesteś sama D:
Powodzenia życzę <3 pisz jakby ci było źle!
Taaa, nawet nic nie mów XDD
UsuńD: okej! Ty też <333 w sumie wczoraj spędziłam dużo czasu na świeżym powietrzu to mi o wiele lepiej.